Myślał, iż "blacha" go uratuje? Policjant z Tarnowa stracił prawo jazdy podczas służby

natemat.pl 2 godzin temu
Wszyscy znamy te historie, prawda? Widzisz nieoznakowane BMW czy Kię i zastanawiasz się, czy tam po drugiej stronie szyby faktycznie dzieje się coś, co wymaga łamania wszelkich zasad fizyki i kodeksu drogowego. Cóż, pewien funkcjonariusz z Tarnowa właśnie przekonał się, iż "blacha" to nie jest przepustka do nieśmiertelności na asfalcie, a koledzy z pracy potrafią być bardziej surowi niż najbardziej cięty egzaminator na egzaminie państwowym.


Cała sytuacja brzmi jak scenariusz na paradokument, ale wydarzyła się naprawdę. Pod koniec stycznia funkcjonariusze z Wydziału Ruchu Drogowego w Tarnowie postanowili zatrzymać do kontroli auto, które wyraźnie przesadziło z tempem. Jakie musiało być ich zdziwienie, gdy okazało się, iż za kierownicą siedzi ich kolega po fachu, a auto to nieoznakowany radiowóz.

Policjant pędził przez teren zabudowany, mając na liczniku o co najmniej 51 km/h więcej, niż pozwalają przepisy. W normalnych warunkach to automatyczne zatrzymanie prawa jazdy na trzy miesiące. I dokładnie to się stało.

Nie było "dogadamy się", nie było mrugania okiem. Policjant stracił prawo jazdy na miejscu, dokładnie tak samo, jak każdy inny kierowca, który zapomina, gdzie kończy się pedał gazu, a zaczyna zdrowy rozsądek.

Interwencja to nie zawsze "stan wyższej konieczności"


Najciekawszy w tej historii jest jednak fakt, iż funkcjonariusz nie jechał po pączki. Był w trakcie wykonywania obowiązków i przemieszczał się na interwencję. Dlaczego więc nie uniknął kary? Odpowiedź jest prosta i brutalna: to nie była sytuacja ratowania życia ani zdrowia.

Zgodnie z prawem, aby móc ignorować przepisy ruchu drogowego, nie wystarczy mieć niebieskie koguty w bagażniku. Trzeba działać w ramach tzw. stanu wyższej konieczności.

W tym przypadku tarnowska komenda jasno zakomunikowała, iż pośpiech nie był uzasadniony bezpośrednim zagrożeniem. Mało tego, kierowca początkowo zignorował sygnały do zatrzymania wydawane przez patrol. Choć ostatecznie stanął na poboczu i nie próbował uciekać, do listy grzechów dopisano mu niezatrzymanie się do kontroli. Teraz o finale tej sprawy i ostatecznej wysokości kary zadecyduje sąd.

W Tarnowie nie ma taryfy ulgowej dla swoich


Jeśli myślicie, iż to jednorazowy "wypadek przy pracy" tarnowskiej policji, to jesteście w błędzie. To miasto powoli staje się symbolem bezwzględnego przestrzegania zasad, choćby we własnych szeregach. Kilka miesięcy temu podobny los spotkał... samego naczelnika tarnowskiej drogówki.

Szef od bezpieczeństwa na drogach również wpadł na przekroczeniu prędkości w terenie zabudowanym (o legendarne już 51 km/h). Efekt? 1,5 tysiąca złotych mandatu, 13 punktów karnych i, co najbardziej bolesne, utrata stanowiska.

To pokazuje, iż tarnowska policja traktuje hasło "wszyscy są równi wobec prawa" wyjątkowo poważnie. Może to dobry moment, żeby inni kierowcy w regionie (i nie tylko) zdjęli nogę z gazu? Bo skoro naczelnik i kolega z patrolu nie mogą liczyć na pobłażliwość, to ty tym bardziej jej nie dostaniesz.

Idź do oryginalnego materiału