Za mną te ciągłe kłótnie. Słuchaj, jakbyś był.
– Mamo, przestań wreszcie! – Jakub odwrócił się gwałtownie od okna, gdzie gapił się na przejeżdżające auta. – Ile można to samo?! Przecież tłumaczyłem już sto razy!
– Tłumaczyłeś?! – Zofia Nowak załamała ręce. – Co ty mi wytłumaczyłeś?! Że rzucasz nas dla jakiejś obcej baby z dziećmi?!
– To nie obca baba! Agnieszka jest moją żoną! – syn zacisnął pięści, głos mu drżał ze złości. – I dzieci też są teraz moje! Rozumiesz? Moje!
Kasia cicho siedziała przy kuchennym stole, kręciła w palcach łyżeczkę do herbaty. Łzy kapaly jej prosto do wystygłej herbaty. Nie płakała – płynęły same, jak deszcz za oknem.
– Twoje?! – parsknęła matka śmiechem straszniejszym od krzyku. – Oszalałeś! Masz rodzoną siostrę, która po wypadku ledwo chodzi! Masz matkę, która całe życie dla ciebie poświęciła! A ty… ty odchodzisz do obcych ludzi!
Jakub opadł na krawędź kanapy, potarł twarz dłonią. Zmęczony był tymi rozmowami, aż miażdżyło go w skroniach.
– Mamo, spróbuj zrozumieć. Jestem dorosłym facetem, mam trzydzieści dwa lata. Mam prawo do własnego życia.
– Własnego życia? – Zofia usiadła naprzeciw syna, wzięła go za ręce. – Jakubku, kochanie, jaka może być własna życie z rozwódką i dwójką obcych dzieci? Przecież jesteś jeszcze młody, przystojny, masz dobrą pracę. Znajdziesz sobie młodszą dziewczynę, urodzicie swoje dzieci…
– Nie chcę innych dzieci! – wyrwał dłonie z matczynego uścisku. – Mateusz i Zosia – oni już są moimi dziećmi. Mateusz wczoraj nazwał mnie tatą. Rozumiesz? Pierwszy raz w życiu ktoś mnie tak nazwał!
Kasia łkając wstała od stołu. Kulejąc, podeszła powoli do brata.
– Jakub, a co ze mną? – głos miała cichy, złamany. – Wiesz przecież, iż bez ciebie przepadnę. Po wypadku tylko na ciebie liczę. Mama jest na emeryturze, pieniędzy ma brak. Kto mi pomoże, jak nie ty?
Braterskie uściski. Jakub przygarnął siostrę, pogłaskał po włosach.
– Kasiu, przecież nie umieram. Po prostu będę mieszkał osobno. Pomagać będę, oczywiście. Ale mam teraz własną rodzinę.
– Własna rodzina była u ciebie zawsze! – nie wytrzymała Zofia. – My jesteśmy twoją rodziną! Rodzoną!
– Agnieszka jest w ciąży – cicho powiedział Jakub.
Zapadła cisza. Tylko zegar tykał na ścianie i za oknem szumiał deszcz.
– Co powiedziałeś? – matka zbladła, osunęła się na fotel.
– Agnieszka spodziewa się dziecka. Naszego dziecka. Rozumiecie teraz, dlaczego nie mogę jej zostawić?
Kasia odsunęła się od brata, spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
– A długo już? – spytała.
– Dopiero pięć tygodni. Ale lekarze mówią, iż wszystko w porządku.
– Jezu… – matka zakryła twarz dłońmi. – No i co ty narobiłeś, synku? Co ty narobiłeś?
Zofia trzydzieści lat przepracowała wowała w przedszkolu. Dzieci kochała całym sercem, ale własnych wnuków od Jakuba wyobrażała sobie zupełnie inaczej. Nie od obcej rozwódki z dwójką dzieci, tylko od porządnej dziewczyny z dobrej rodziny.
– Mamo, co w tym złego? – Jakub usiadł obok matki, próbował objąć. – Wnuka wreszcie doczekasz. Albo wnuczkę. Czy to niedobrze?
– Od kogo doczekam? – odsunęła się. – Od kobiety, co już raz za mąż wskoczyła? Która już dwójkę urodziła? Kim ona w ogóle jest? Skąd się wzięła?
– Agnieszka pracuje u nas w szpitalu jako pielęgniarka na pediatrii. Dobra kobieta, życzliwa. Dzieci ma cudowne, dobrze wychowane.
– A gdzie ich ojciec? – nie dawała za wygraną matka.
– Zginął w służbie. Agnieszka miała zaledwie dwadzieścia dwa lata, gdy została sama z dwójką maluchów na rękach.
– Aha, – pokiwała głową Zofia. – Czyli szukała sobie frajera, żeby wszystkich utrzymywał. I znalazła.
– Mamo! – wybuchnął Jakub. – Dość! Nie jestem frajerem! Jestem dorosłym mężczyzną, który wybrał kobietę z miłości!
– Z miłości? – matka wstała, przeszła się po pokoju. – A co ty wiesz o miłości? Siedziałeś te wszystkie lata w domu, do pracy jeździłeś, nam pomagałeś. Żadnego doświadczenia z kobietami. Pierwsza lepsza cię omotała wokół palca.
Kasia znów usiadła przy stole, położyła głowę na dłoniach. Po wypadku często bolała ją głowa, a od rodzinnych awantur ból stawał się nie do zniesienia.
– Głowa mi pęka – poskarżyła się. – Możecie mówić ciszej?
– Kasiu, wybacz – Jakub podszedł do siostry, dotknął jej czoła. – Temperatury nie ma. Tabletki brałaś?
– Brałam. Nie pomagają.
– Jutro pojedziemy do lekarza – obiecał brat.
– Jutro? – zaśmiała się bez humoru matka. – Jutro nie będziesz miał czasu. Masz
Walentyna milczała długą chwilę, wpatrzona w deszcz za oknem, aż w końcu przeciągnęła ręką po szybie i szepnęła cicho, jakby do siebie:
„Może jednak za tą chmurą zobaczymy w końcu niebo bez chmur?”.