Ostatnio czytałem taki post na jednej z grup związanych z Wizz Airem. Mama leci sama z trójką dzieci. Dzieci mają około 10, 12 i 14 lat. I pojawia się pytanie, czy będą siedzieć razem?
Odpowiedź jest prosta: mogą, ale nie ma takiej gwarancji.
I wiem, iż za chwilę ktoś napisze: „No ale przecież to dzieci”. Tylko iż z drugiej strony — o ile dla kogoś naprawdę ważne jest, żeby cała rodzina siedziała obok siebie, to przecież można wcześniej wybrać miejsca. Tak, kosztuje to dodatkowe pieniądze. Czasami 25 zł, czasami 40 czy 50 zł. Ale to jest decyzja osoby, która kupuje bilety.
Nie bardzo rozumiem, dlaczego później problem ma być przerzucany na innych pasażerów.
Ktoś kupił sobie miejsce przy oknie, bo lubi patrzeć przez okno. Ktoś inny wybrał miejsce przy przejściu, bo nie chce siedzieć przez kilka godzin wciśnięty między dwóch obcych ludzi. Być może ktoś specjalnie dopłacił za więcej miejsca na nogi. I nagle po wejściu do samolotu słyszy: „Czy zamieni się pan miejscem? Bo my chcemy siedzieć razem”.
Oczywiście można się zamienić. o ile ktoś ma ochotę, nie widzę w tym żadnego problemu. Sam pewnie też w niektórych sytuacjach bym to zrobił. Ale nie powinno być tak, iż pasażer, który odmawia, jest od razu przedstawiany jako egoista.
Bo dlaczego adekwatnie ma oddać miejsce, które sam wybrał i za które zapłacił?
Mam wrażenie, iż część osób przez cały czas liczy na to, iż „jakoś to będzie”. Nie wybiorę miejsc, zaoszczędzę kilkadziesiąt złotych, a później może ktoś się przesunie. A jak nie będzie chciał, to zawsze można powiedzieć, iż przecież lecę z dziećmi i wypadałoby pomóc.
Tylko iż pomoc to jedno, a oczekiwanie, iż inni będą naprawiali skutki naszej decyzji, to już coś zupełnie innego.
I właśnie dlatego nie lubię tego całego zamieszania w tanich liniach lotniczych. Człowiek wchodzi do samolotu, chce po prostu usiąść na swoim miejscu, a zaczyna się chodzenie po pokładzie, szukanie miejsc i przekonywanie kolejnych osób do zamiany. Czasami pół samolotu jest zaangażowane w to, żeby jedna rodzina mogła siedzieć razem, bo wcześniej komuś szkoda było dopłacić.
Druga sprawa, która moim zdaniem coraz częściej jest problemem, to zachowanie dzieci na pokładzie.
I żeby była jasność — nie mam pretensji do dziecka, które płacze. Małe dziecko może się bać, może źle znosić start i lądowanie, może boleć je ucho. Tego nie da się zawsze przewidzieć i rodzic nie ma na wszystko wpływu. Mówię o czymś innym.
O dzieciach, które przez cały lot biegają po samolocie, kopią w fotele, wspinają się między siedzeniami, krzyczą i przeszkadzają innym pasażerom, a rodzice praktycznie nie reagują.
Sam spotkałem się z sytuacją, w której po zwróceniu uwagi rodzic był jeszcze oburzony. „Co pan chce? To tylko dziecko”.
No tak. Tylko iż to „tylko dziecko” przez kilka godzin potrafi skutecznie uprzykrzyć podróż kilkudziesięciu osobom.
Nie oczekuję, iż dzieci będą siedziały nieruchomo przez cały lot i zachowywały się jak dorośli. Ale od tego jest rodzic, żeby reagować, kiedy dziecko zaczyna przeszkadzać wszystkim dookoła.
Czasami mam też wrażenie, iż załoga niechętnie wchodzi w takie sytuacje, bo nikt nie chce wdawać się w dyskusję z rodzicem, który uważa, iż jego dziecku wolno wszystko. A przecież samolot to wspólna przestrzeń. Każdy ma prawo do normalnego i spokojnego lotu.
Może kiedyś linie lotnicze rzeczywiście powinny pomyśleć o większej liczbie stref ciszy. Takich prawdziwych, a nie tylko kilku rzędach z inną nazwą. Są ludzie, którzy chcą podczas lotu odpocząć, przespać się albo po prostu mieć trochę spokoju. Ja osobiście chętnie dopłaciłbym za możliwość siedzenia w takiej części samolotu.
Ale oczywiście dzieci nie są największym problemem na pokładzie.
Dla mnie znacznie bardziej niebezpieczne są osoby, które wchodzą do samolotu wyraźnie pod wpływem alkoholu, a także pasażerowie próbujący palić na pokładzie. I nie chodzi tylko o zwykłe papierosy. Coraz częściej są osoby, które nie potrafią wytrzymać kilku godzin bez e-papierosa i próbują palić w toalecie albo po kryjomu na swoim miejscu. To już nie jest kwestia komfortu innych pasażerów. To jest kwestia bezpieczeństwa.
Podobnie jest z alkoholem. Nie mam nic przeciwko temu, iż ktoś wypije piwo czy drinka. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś wchodzi na pokład już kompletnie pijany, agresywny albo niezdolny do normalnego zachowania. I później wystarczy jedna taka osoba, żeby kilkugodzinny lot zamienił się w koszmar dla wszystkich.
Moim zdaniem linie lotnicze powinny mieć większe możliwości reagowania jeszcze przed wejściem do samolotu. o ile ktoś jest wyraźnie pod wpływem alkoholu i zachowuje się agresywnie, to nie powinien znaleźć się na pokładzie tylko dlatego, iż ma istotny bilet. Bo później konsekwencje ponosi cała reszta.
I chyba właśnie tego najbardziej mi brakuje w podróżowaniu samolotem — zwykłego myślenia o innych.
Dlatego apeluję do wszystkich pasażerów:
Jeżeli chcesz siedzieć z rodziną, wykup miejsca obok siebie. o ile lecisz z dzieckiem, pilnuj go wtedy, kiedy zaczyna przeszkadzać innym. o ile nie potrafisz wytrzymać kilku godzin bez alkoholu albo papierosa, to może problem nie leży w zasadach obowiązujących na pokładzie, ale w tobie? Może czas zacząć poważnie przyjrzeć się temu problemowi?
To naprawdę nie jest takie skomplikowane.
W samolocie jest kilkadziesiąt albo kilkaset osób. Każda z nich zapłaciła za swój bilet i każda chciałaby po prostu spokojnie dotrzeć na miejsce.
Może warto czasami o tym pamiętać.
Paweł Borsucki
Administrator i Założyciel Grupy Podróżniczej
„Świat To Za Mało – tanie podróże i porady podróżnicze”












